Od redakcji 4/2020

ELektroinstalato42020 okl internet1Szanowni Państwo,

Współczesna medycyna opiera się na nowoczesnej aparaturze elektromedycznej przeznaczonej do diagnozowania, leczenia i ratowania ludzkiego życia. Tego rodzaju sprzęt powinien być niezawodny w działaniu, za co w głównym stopniu odpowiada bezpieczne i pewne źródło zasilania w energię elektryczną.

Więcej…

Ustawa o OZE – czy jest nam potrzebna?

Miks elektroenergetyczny w Polsce w 2013 roku. Źródło: PIGEONa początku marca 2015 r. Prezydent RP, Bronisław Komorowski, podpisał ustawę o OZE - akt prawny, który w Polsce powinien być już przynajmniej od 10 lat, a na pewno - od 2011 r. Polska jest jednym z ostatnich krajów UE, który wdraża regulacje prawne w tym zakresie i to jeszcze nie całkiem, bo wciąż czekamy na przepisy wykonawcze.

W związku z brakiem odpowiednich uregulowań już od 2011 r. Komisja Europejska chciała naliczać Polsce kary za niewdrażanie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/28/WE z 23 kwietnia 2009 r. w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych. Prace nad ustawą o OZE przebiegały u nas długo i były przedmiotem wielu intensywnych dyskusji. Emocje, które temu towarzyszyły, wydają się jednak przesadzone, ponieważ w ogólnym bilansie energetycznym kraju udział energii elektrycznej nie przekracza 20%, na koniec 2013 r. – 11,3%, a ustawa w obecnym kształcie dotyczy w praktyce wyłącznie wytwarzania energii elektrycznej (ciepło w tym także tzw. systemowe zostało w trakcie prac komisji sejmowej całkowicie wyeliminowane). Pracom towarzyszyło ścieranie się interesów z jednej strony lobby OZE, które wzorem doświadczeń z innych krajów UE oczekiwało, że dzięki ustawie będzie względnie niskim kosztem osiągać przez wiele lat całkiem niezłe zyski, a z drugiej - oligopolu energetycznego, który mając monopol na dostarczanie energii elektrycznej w Polsce, nie chciał nic z tego monopolu stracić. Przy tak skrajnych postawach trudno było oczekiwać szybkiego i dobrego wyniku prac.

Kogo zadowolić?
Pierwsze podejście do prezentacji projektu ustawy o OZE miało miejsce w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia w 2011 r. i od razu był falstart. Trudno było bowiem nie odnieść wrażenia, że korzystając z ustawy o OZE, która z założenia miała wspierać rozwój energetyki w tym zakresie, jakieś lobby chce maksymalnie go utrudnić. Mówiąc dokładniej, pakiet projektów ustaw energetycznych, w tym ustawy o OZE, przedstawiony przez Ministerstwo Gospodarki, zamiast poprawy jakościowej obowiązującego systemu wsparcia i ułatwień prawnych dla nowych instalacji (zwłaszcza w ramach tzw. energetyki rozproszonej), zawierał propozycję prawie całkowitego odejścia od istniejącego systemu, nie dając w zamian żadnych rozwiązań zapewniających efektywne wsparcie dla rozwoju OZE w Polsce. Zdziwienie budziła np. likwidacja obowiązku zakupu energii wytwarzanej w źródłach odnawialnych przez operatorów sieci czy skomplikowany i niedopracowany system zawierający niewymagane przez dyrektywę unij ną ograniczenia w dostępie do rynku instalatorów OZE przez stworzenie trudnych do spełnienia wymogów certyfikacyjnych. Do tego dochodziła rozbieżność między deklaracjami, które były zapisane jako ocena skutków regulacji, a rzeczywistymi konsekwencjami proponowanych rozwiązań prawnych. W rezultacie, w ramach tzw. konsultacji społecznych, do Ministerstwa Gospodarki wpłynęło około 2 tysięcy krytycznych uwag od organizacji branżowych i ekspertów działających w energetyce.

Udział poszczególnych rodzajów energii w bilansie zużycia energii końcowej brutto w 2010 roku.Projekt do szuflady
Po tej totalnej krytyce Ministerstwo Gospodarki zaprezentowało w październiku 2012 r. końcową wersję nowego projektu ustawy o OZE, który może nie był idealny, ale stanowił dobrą podstawę do kontynuacji prac. Wydawał się bardziej logiczny i transparentny niż poprzedni. Po korekcie niektórych współczynników przeliczeniowych dla świadectw pochodzenia oraz taryf stałych można było uzyskać gotowy akt prawny, który przyniósłby zakładane oszczędności w finansowaniu systemów wsparcia. Mógłby on być modyfikowany w zależności od rozwoju rynku, a także w stosunkowo szybkim tempie wprowadzony w życie.

Projekt zakładał wprowadzenie w Polsce rozwiązania hybrydowego, tj. taryf gwarantowanych dla mikro- i małych instalacji, oraz utrzymanie zielonych certyfikatów z odpowiednimi współczynnikami korekcyjnymi dla większych instalacji. Redukcja cen tzw. taryf stałych miała sens z uwagi na doświadczenia innych krajów, które z powodzeniem taki system zastosowały u siebie. Sztandarowym przykładem były Niemcy, gdzie ustawa o OZE została uchwalona już w 2001 r., a następnie – wraz z rozwojem technologii i wzrostem liczby instalacji podłączanych do sieci – od 2010 r. była nowelizowana, m.in. przez stopniowe ograniczanie feed in tariff, czyli taryf gwarantowanych na wytwarzaną z OZE energię elektryczną. W polskim projekcie ustawy taka degresja była przewidziana od początku. Uregulowania wspierały więc rozwój technologii wytwarzania energii w oparciu o OZE, ale i ograniczały tzw. turystykę biznesową, która ujawniła się w innych krajach jako efekt uboczny, powodując wzrost kosztów rozwoju OZE. Z tego powodu trwała dyskusja na temat redukcji niektórych zakładanych cen zakupu energii.

 

(...)

 

Janusz Starościk

Pełna wersja artykułu w EI 4/2015 do zakupu na portalu www.e-czasopismo.pl oraz www.magazyn-online.com

Wyszukiwarka

like Nowości!

quote Na skróty

like Najczęściej czytane!

like Polecamy!

ewydanie

konf bpoz 160x222

 

like Newsletter!

Znajdź nas na facebooku!

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem